Hiperseksualność. Kiedy ciało mówi to, czego nie potrafi powiedzieć umysł
Do gabinetu rzadko przychodzi się z tym tematem wprost. Częściej pojawia się on gdzieś w trzecim, czwartym tygodniu terapii — jako zdanie rzucone mimochodem, z opuszczonym wzrokiem, poprzedzone długą chwilą ciszy. "Jest jeszcze coś, o czym nie mówiłem/am." I dopiero wtedy, powoli, zaczyna się rozmowa o czymś, co osoba przez lata nazywała słabością, uzależnieniem, moralnym upadkiem albo po prostu wstydliwym sekretem — a co ja, jako terapeuta, nazywam czymś zupełnie innym: sposobem, w jaki psychika próbowała sobie poradzić z czymś, czego nie potrafiła unieść.
Ten tekst jest dla osób, które rozpoznają w sobie wzorzec kompulsywnego, trudnego do kontrolowania zaangażowania seksualnego - powtarzający się cykl napięcia, działania, ulgi i wstydu, który wymyka się spod kontroli mimo szczerych postanowień, żeby było inaczej.
Chcę pokazać, jak na ten temat patrzy terapia oparta na mentalizacji (MBT), podejście, w którym pracuję od lat, prowadząc gabinet w Warszawie (Saska Kępa), i dlaczego to spojrzenie bywa dla wielu osób pierwszym momentem, w którym czują się zrozumiane, a nie osądzone.
Czym jest hiperseksualność — problem z definicją
Zacznijmy od czegoś, o czym rzadko się wspomina: w psychiatrii i psychologii nie ma dziś pełnej zgody co do tego, czym właściwie jest hiperseksualność i czy w ogóle powinna być osobną jednostką diagnostyczną.
Amerykańskie klasyfikacje przez lata się z tym zmagały. Propozycja wprowadzenia "zaburzenia hiperseksualnego" (Hypersexual Disorder) do DSM-5 — nad którą pracował m.in. Martin Kafka — ostatecznie nie została przyjęta w 2013 roku. Argumentowano między innymi, że dowody naukowe są zbyt niejednoznaczne, a ryzyko nadmiernej patologizacji normalnych wariantów seksualności — zbyt duże. W efekcie DSM-5 nie zawiera dziś takiej kategorii wprost.
Inaczej podeszła do tego Światowa Organizacja Zdrowia. W ICD-11 pojawiła się nowa jednostka — kompulsywne zaburzenie zachowań seksualnych (Compulsive Sexual Behaviour Disorder), sklasyfikowana jako zaburzenie kontroli impulsów. Zespół badaczy pracujących nad tą kategorią zwracał uwagę, że jej wprowadzenie ma pomóc osobom faktycznie cierpiącym z tego powodu i realnie szukającym pomocy, przy jednoczesnym unikaniu patologizowania zwykłej różnorodności ludzkiej seksualności. Kluczowe kryterium w tym ujęciu to nie częstotliwość zachowań seksualnych, tylko utrata poczucia kontroli nad nimi oraz cierpienie i szkody, jakie z tego wynikają dla funkcjonowania danej osoby.
Ta rozbieżność między systemami klasyfikacyjnymi nie jest tylko akademickim sporem. Ma bardzo praktyczne znaczenie dla osób, które się z tym zmagają — bo pokazuje, że nie chodzi o "policzenie", ile jest za dużo, tylko o jakość przeżywania własnej seksualności: czy jest ona czymś, co się wybiera, czy czymś, czemu się podlega.
Hiperseksualność a wysokie libido — jak je odróżnić
To jedno z pytań, które pojawia się najczęściej, i słusznie bo pomylenie tych dwóch zjawisk prowadzi albo do niepotrzebnego wstydu, albo do bagatelizowania realnego problemu.
Wysokie libido samo w sobie nie jest zaburzeniem. Osoba o dużej potrzebie seksualnej może prowadzić bogate życie erotyczne, cieszyć się nim, budować satysfakcjonujące relacje — i nie doświadczać przy tym żadnego cierpienia ani utraty kontroli. Kluczowe pytanie nie brzmi "ile", tylko: czy to ja decyduję, kiedy i jak realizuję swoją seksualność, czy raczej czuję się przez nią prowadzony/a wbrew własnej woli?
W hiperseksualności charakterystyczne jest poczucie przymusu: działanie mimo świadomych postanowień, żeby tego nie robić; kontynuowanie zachowania mimo realnych, narastających strat (w relacji, pracy, poczuciu własnej wartości); oraz opisany wcześniej cykl napięcia i ulgi, w którym seksualność przestaje służyć przyjemności czy bliskości, a zaczyna służyć wyłącznie regulacji nieznośnego stanu wewnętrznego. Wysokie libido szuka kontaktu i przyjemności. Hiperseksualność szuka ucieczki od czegoś, co boli.
Hiperseksualność a pornografia
Osobny, choć ściśle powiązany wątek to korzystanie z pornografii. Warto to od razu uporządkować: samo oglądanie pornografii, nawet regularne, nie jest równoznaczne z hiperseksualnością ani z problemem klinicznym. Dla wielu osób jest to neutralny lub satysfakcjonujący element życia seksualnego.
Problem pojawia się wtedy, kiedy korzystanie z pornografii zaczyna działać na tej samej zasadzie, co opisany wyżej mechanizm — jako szybki, łatwo dostępny sposób na rozładowanie napięcia, którego inaczej nie potrafimy nazwać ani unieść. Dostępność i anonimowość pornografii internetowej sprawiają, że bywa ona jednym z najczęstszych "kanałów", którymi wyraża się kompulsywny wzorzec — właśnie dlatego, że nie wymaga kontaktu z drugą osobą, nie niesie ryzyka odrzucenia i daje niemal natychmiastową ulgę. To właśnie problematyczne korzystanie z pornografii bywa dziś traktowane w literaturze klinicznej jako jeden z podtypów kompulsywnych zachowań seksualnych, obok kompulsywnej masturbacji czy poszukiwania licznych, przypadkowych kontaktów seksualnych.
To rozróżnienie ma znaczenie terapeutyczne: praca nie polega na demonizowaniu pornografii jako takiej, tylko na zrozumieniu, jaką funkcję pełni jej użycie w konkretnym, indywidualnym cyklu napięcia i ulgi danej osoby.
Dlaczego walka z objawem zwykle nie wystarcza
Gdy ktoś przychodzi do mnie z tym tematem, pierwsze pytanie, jakie zwykle mam w głowie, nie brzmi "jak to zatrzymać". Brzmi raczej: co to zachowanie robi dla tej osoby? Jaką funkcję pełni? Czego nie potrafi ona inaczej poczuć, wyrazić albo znieść, że akurat to stało się jej sposobem na przetrwanie?
To pytanie zmienia bardzo wiele. Klasyczne, wciąż popularne ujęcie tego tematu spopularyzowane w latach 80. przez Patricka Carnesa w jego pionierskiej książce o uzależnieniu seksualnym patrzyło na to zjawisko przede wszystkim przez pryzmat modelu uzależnieniowego, bliskiego dwunastu krokom. To podejście pomogło wielu osobom i wciąż jest cenione, ale bywa też krytykowane za nadmierną patologizację i moralizujący ton, który potrafi pogłębiać wstyd, zamiast go zmniejszać.
Nowsze, bardziej integracyjne podejścia: jak model "Out of Control Sexual Behavior" opisany przez Douglasa Braun-Harveya i Michaela Vigorito, proponują inne spojrzenie: zamiast z góry zakładać istnienie "uzależnienia", proponują przyjrzenie się indywidualnej historii danej osoby, jej wartościom i temu, co konkretnie sprawia, że traci ona poczucie kontroli. To podejście, choć nie wywodzi się z MBT, jest mi bliskie właśnie dlatego, że jest nieoceniające i skupione na zrozumieniu funkcji zachowania, a nie tylko na jego eliminacji.
Bo jeśli hiperseksualność jest, a w mojej praktyce klinicznej najczęściej właśnie taka jest, strategią radzenia sobie z czymś głębszym, to sama walka z objawem, bez zrozumienia, czemu on służy, przypomina zatykanie jednego z wielu otworów w tamie. Presja gdzieś i tak znajdzie ujście.
Spojrzenie z perspektywy mentalizacji
Tu właśnie wchodzi MBT. W dużym skrócie: mentalizacja to zdolność rozumienia siebie i innych w kategoriach stanów psychicznych - myśli, uczuć, intencji, potrzeb - i traktowania ich jako czegoś, co można zbadać, a nie jako czegoś, co po prostu "jest" i musi być natychmiast rozładowane. To umiejętność, którą rozwijamy od niemowlęctwa, w relacji z opiekunami, którzy potrafili lepiej lub gorzej, odzwierciedlać nasze stany wewnętrzne w sposób, który pomagał nam je rozumieć i regulować.
Kiedy ta zdolność jest w danym obszarze słabo rozwinięta, najczęściej dlatego, że dorastaliśmy w środowisku, gdzie nasze emocje, zwłaszcza te trudne, nie były rozpoznawane, nazywane albo były wręcz karane; przez to zostajemy z surowym, nieprzetworzonym afektem, który domaga się jakiegoś ujścia. I tu pojawia się coś, co w MBT nazywamy trybami niementalizującymi.
Pierwszy z nich to tryb teleologiczny: stan, w którym jedynym sposobem, żeby uwierzyć, że coś w ogóle się wydarzyło, coś się zmieniło, jest konkretne, fizyczne działanie. Nie wystarczy poczuć, pomyśleć, porozmawiać. Trzeba coś zrobić, żeby to było prawdziwe. W kontekście hiperseksualności to często wygląda tak: napięcie wewnętrzne jest tak mgliste i tak przytłaczające, że jedyną rzeczą, która daje poczucie realnej ulgi jest konkretne działanie seksualne.
Drugi tryb to ekwiwalencja psychiczna — stan, w którym to, co czujemy wewnątrz, jest odczuwane jako absolutnie prawdziwe i nie do zniesienia, bez żadnego dystansu. Nie "czuję się, jakbym był nic niewart", tylko "jestem nic niewart, i to jest fakt". W takim stanie ucieczka od tego przeżycia — poprzez działanie, które daje chwilową ulgę i poczucie kontroli staje się niemal biologiczną koniecznością.
Trzeci mechanizm, o którym warto tu wspomnieć, to koncepcja "obcego self" (alien self) — części naszej psychiki, która powstała z tego, co niegdyś było zbyt trudne, zbyt bolesne albo zbyt wstydliwe, żeby zostać zintegrowane jako "moje". Te fragmenty doświadczenia są często związane z odrzuceniem, poniżeniem, brakiem czułości. Przez to pozostają w nas jako coś obcego, nieoswojonego, co domaga się rozładowania na zewnątrz, bo nie może być po prostu przeżyte i zrozumiane od środka. Kompulsywne zachowanie seksualne bywa właśnie taką formą eksternalizacji tzn. sposobem na to, żeby to, co obce i nie do zniesienia, wyszło na zewnątrz, choć na chwilę.
Co to oznacza w praktyce terapeutycznej
Praca w podejściu MBT z osobą zmagającą się z hiperseksualnością nie zaczyna się od pytania "jak przestać". Zaczyna się od budowania relacji, w której można bezpiecznie przyjrzeć się temu, co dzieje się tuż przed i tuż po epizodzie. Bez pośpiechu, bez moralizowania, z ciekawością zamiast osądu.
Bardzo konkretnie wygląda to tak: razem z osobą, z którą pracuję, próbujemy zwolnić film. Co czułeś/aś w ciele, zanim jeszcze pojawiła się myśl o działaniu? Co się wydarzyło tego dnia - jakie spotkanie, jakie słowo, jakie milczenie - co mogło uruchomić to napięcie? Czy dało się je jakoś nazwać, zanim zamieniło się w impuls? A po epizodzie — co się pojawiło razem z ulgą? Wstyd, tak, ale co jeszcze? Samotność? Poczucie, że jest się kimś zepsutym? Czy może, i to zdarza się częściej, niż mogłoby się wydawać: na chwilę poczucie, że w ogóle się istnieje, że coś się czuje, po długim czasie odrętwienia?
To nie jest proces szybki. Mentalizacja własnych, najbardziej wstydliwych i najtrudniejszych stanów wymaga relacji, w której można się pomylić, wycofać, wrócić, relacji, w której terapeuta nie odgrywa roli sędziego moralnego, tylko kogoś, kto potrafi wytrzymać razem z pacjentem to, czego pacjent sam nie potrafił wytrzymać w pojedynkę. To właśnie w takiej relacji rodzi się coś, co w MBT nazywamy zaufaniem epistemicznym tj. gotowością, żeby przyjąć nowe rozumienie siebie od kogoś innego, bo czuje się, że ten ktoś naprawdę stara się zrozumieć, a nie oceniać.
Z czasem, i to jest cel tej pracy, zdolność do mentalizowania własnego napięcia rośnie. Osoba zaczyna rozpoznawać sygnały wcześniej, zanim jeszcze zamienią się w nieodpartą potrzebę działania. Zaczyna mieć więcej przestrzeni między impulsem a reakcją — tej przestrzeni, w której można pomyśleć, poczuć, czasem zadzwonić do kogoś, czasem po prostu przetrwać falę, wiedząc, że ona minie. To nie jest praca nad tłumieniem objawu. To praca nad budowaniem zdolności, której wcześniej brakowało czyli zdolności do bycia ze sobą w trudnych stanach bez konieczności natychmiastowego działania.
Czy to problem dotyczący silnej woli?
Jeśli czytasz ten tekst i rozpoznajesz w sobie ten wzorzec chcę, żebyś usłyszał/a jedną rzecz jasno: to, że nie potrafisz tego zatrzymać samą siłą woli, nie oznacza, że jesteś słaby/a albo zepsuty/a. Oznacza to najprawdopodobniej, że ten mechanizm powstał, żeby chronić Cię przed czymś, czego kiedyś nie miałeś/aś jak inaczej znieść. To była, w swoim czasie, strategia przetrwania. Problem w tym, że strategia, która kiedyś ratowała, dziś zaczyna niszczyć.
Terapia oparta na mentalizacji nie oferuje szybkiej recepty ani listy kroków do odhaczenia. Oferuje coś innego: przestrzeń, w której można wreszcie zrozumieć, skąd bierze się to, co dzieje się w środku i stopniowo odzyskać nad tym realny, a nie tylko deklarowany, wpływ.
Jeśli ten temat dotyczy Ciebie lub kogoś bliskiego i szukasz terapii w Warszawie - stacjonarnie w gabinecie na Saskiej Kępie albo online - i chciałbyś/chciałabyś porozmawiać o tym, jak może wyglądać taka praca, zapraszam do kontaktu.
Rekomendacja książkowa: jeśli ktoś chce pogłębić swoją wiedzę w temacie hiperseksualności to jako wstęp polecę książkę "Hiperseksualność" napisaną przez 3 specjalistów: Sławomir Jakima, Łukasz Müldner-Nieckowski, Arkadiusz Bilejczyk. Książka została wydana przez PZWL w 2022 roku i wciąż jest dostępna w sprzedaży.
